szyper blog

Twój nowy blog

Jazda

3 komentarzy

Po dwóch godzinach jazd, jakie do tej pory odbyłem, dzisiaj instruktor dał mi już większy motor i powiedział, żebym potrenował „zadanie 2″ na placu, a potem pojedziemy w miasto.
Potrenowałem. Dał mi krótkofalówkę ze słuchawką, którą przykleił mi do ucha taśmą klejącą, żeby nie wypadała przy zakładaniu kasku i wydał komendę do wyjazdu.
Przejechałem trasę, jaką zwykle jeździ się na egzaminie. Po powrocie na plac manewrowy wysłuchałem uwag i wskazówek instruktora, który mi powiedział, co mam dalej poćwiczyć, poćwiczyłem, a potem znowu ruszyliśmy w miasto. Technicznie szło mi już może nieco lepiej, ale na jednym skrzyżowaniu wymusiłem pierwszeństwo przed rowerzystą. Od razu usłyszałem w słuchawce spokojną, ale stanowczą reprymendę.
Potem na placu spytał o powody, jakie mną kierowały.
A to nie moja wina była!
Przepuściłem wszystkie samochody jadące z prawej, patrzę: jeszcze rowerzysta, ale daleko. No to sprzęgło, jedynka, gaz. Już ruszyłem, gdy spojrzałem znów w stronę rowerzysty, a ten skubaniec był już tuż tuż! Zapierdzielał chyba ze 40!
Przemknęło mi przez myśl, żeby się zatrzymać, ale wizja stania na środku skrzyżowania średnio mi się spodobała, więc wykonałem prawym nadgarstkiem ulubiony ruch motocyklistów.
Zobaczyłem go tuż za sobą w lusterku, ale szczerze wątpię, żeby musiał hamować.
No ale instruktor musi się trochę poczepiać przecież.
W sumie jeździłem dziś dwie godziny.
To jest fajna zabawa, ale nawet człowiek nie wie, kiedy się stresuje. Dopiero jak skończyłem, to poczułem, jaki jestem zmęczony.
Przede mną jeszcze 16 godzin jazdy. Ciekawe, czy wystarczy, żeby się nauczyć dobrze jeździć.

Dziś moja córka zdobyła brązową odznakę jeździecką (tzn. na razie zdała egzamin, odznakę dostanie później), a ja zapisałem się na kurs na prawo jazdy kategorii A.

[Wstęp dla niewtajemniczonych.
Niania Ogg, czarownica, miała tylko jeden ząb.]

Przepis.
Wejdź do gorącej kąpieli z kieliszkiem pomarańczówki w jednej ręce i książką w drugiej.
Czytaj i popijaj.
Biorąc łyk pomarańczówki przeczytaj zdanie:
„Następnym razem nauczysz się trzymać język za zębem, Gytho Ogg – mruknęła do siebie.”

Mnie się prawie udało.

Tytuł notki nieco głupkowaty, ale nie chcę pisać dosłownie, żeby googlanci tu nie wchodzili masowo, a dziś na pewno takich zapytań trochę będzie.
Spotkałem się wczoraj z przyjacielem. Rozmawialiśmy o rejsie i o całym mnóstwie innych rzeczy, w tym o przejściu. Pogadaliśmy i się rozeszliśmy.
Dziś o szóstej rano obudził mnie telefon od niego. Powiedział, że właśnie ogląda i że jeszcze przez jakieś pół godziny będzie widoczne. Chciało mi się spać. W rozkręcającym się mozolnie umyśle błysnęła jednak myśl, że drugi raz na własne oczy mogę tego nie zobaczyć, gdyż coś zasłyszałem poprzedniego dnia w radio, że następne przejście ma być w 2117, a może nawet 2170 – tak, czy siak nie dożyję.
Mam do niego ok. 15 km, w tym połowa przez miasto. Uznałem, że zdążę. Wrzuciłem na siebie co miałem pod ręką i z rozmierzwioną czupryną oraz niedowidzącymi oczami wsiadłem w samochód i pognałem co koń mechaniczny wyskoczy. Zdążyłem bez problemu. Wciąż była na tarczy, a do krawędzi miała jeszcze ładny kawałek.
Przyjaciel nie miał żadnych porządnych filtrów, zaś robione sposobami domowymi groziły wypaleniem siatkówki, dlatego zmajstrował ekran, na którym obraz z teleskopu się wyświetlał, choć odwrócony. Zrobiłem parę zdjęć na pamiątkę. Zapisuję to też na pamiątkę, bo z moją pamięcią…
Potem weszliśmy do niego do domu i oglądaliśmy wiadomości na tefałenie, gdzie komentowano, że planeta pojawiła się jako niewielka plamka na tle gwiazdy, po czym jeden z prowadzących powiedział coś na kształt „a [czwarta planeta] jest jeszcze mniejszy – to dopiero będzie tragedia!”.
Spojerzeliśmy na siebie zdumieni i aż musieliśmy to głośno powiedzieć: przecież czwarta planeta nigdy nie przejdzie między trzecią a gwiazdą… poza tym jest większy od drugiej! Uśmialiśmy się.
Nawet ja, z moją (nie)znajomością astronomii wiem takie rzeczy.

Po dłuższym pobycie na wschodnich rubieżach Białej Rusi melduję się z powrotem w domu.
Polska to piękny kraj. Najpiękniejszy dlatego, że mój, co tu gadać.
Hotel był bardzo przyzwoity, jak na tamtejsze warunki można by nawet rzec luksusowy, bo w zwykłym standardzie europejskim. Mało jest tam takich hoteli. Położony był tuż przy przepięknym parku pałacowym nad rzeką Soż, co dawało fantastyczne warunki do codziennego porannego biegania.
W pracy też warunki miałem dobre, czyli stały dostęp do herbaty i kawy. Trochę gorzej było z kibelkami, bo czy pracowałem w naszym biurowym wagonie, czy przy maszynach, do najbliższej toalety było zawsze daleko. Był, co prawda, wychodek na terenie budowy, ale była to drewniana budka z kwadratową dziurą w podłodze. Nie przeszkadzałoby mi to specjalnie, bo nie załatwiałem tam poważniejszych potrzeb, ale smród, jaki panował w budce, na długo wsiąkał w ubranie, a o oddychaniu w niej w ogóle nie mogło być mowy. Na szczęście pojemność płuc wystarczała mi na siusianie.
Ludzie przyjaźni, zdecydowanie przyjemniejsi w obejściu, niż Rosjanie, których miałem możliwość poznać w trakcie uruchomień w Królewcu.
Jedzenie całkiem przyzwoite. Na stołówce zakładowej bardzo tanie, bo za 4 zł można było się dobrze i smacznie najeść. Wieczorami, po pracy, jadaliśmy w restauracji samoobsługowej na mieście. Średnio za obiad trzeba było zapłacić ok. 20 zł, ale było bardzo smaczne i dużo. Nie mają tam jednak zakazu palenia w restauracjach. W głównej sali był taki dym, że można było zawiesić siekierę. Na szczęscie były jeszcze dwie sale dla niepalących, gdzie nie tylko nie było dymu, ale i hałasu generowanego przez kiepskie głośniki, próbujące nadawać jakąś muzykę oraz przekrzykującego się wzajemnie tłumu ludzi.
W telewizji głównie rosyjskojęzyczne programy, co mi specjalnie nie przeszkadzało, bo i tak włączałem Mezzo, jeśli w ogóle cokolwiek.
Ciężko pracowałem przez ten miesiąc, ale swoje zrobiłem i z przyjemnością wróciłem do Polski.

Czerwiec będzie obfitował w różne wydarzenia.
W sobotę byłem z rodziną w stolicy na rodzinnym pikniku zorganizowanym przez moją firmę, w niedzielę, również w stolicy, moja córka brała udział w warsztatach muzycznych.
W najbliższy weekend realizuję pewien projekt wolontariacki.
W kolejny weekend czekają mnie regaty firmowe, a w następnym z kolei tygodniu wyjeżdżam z przyjaciółmi na Jeziorak.
Między tym wszystkim ciągnie się jeszcze budowa domu.

Dobrze być z powrotem.

W niedzielę wieczorem mój syn wrócił z rejsu P o g o r i ą.

Był bardzo zadowolony i podekscytowany. M. in. opowiadał, że wchodził na najwyższe reje i w ogóle tak wysoko, jak tylko się dało. Nawet na sam koniec bukszprytu polazł (nie zapomniawszy o przypięciu się, co mnie ucieszyło).
Potem pokazał mi zdjęcia.
Ja też bym właził na najwyższe reje, gdybym był na jego miejscu, ale muszę przyznać, że aparatu fotograficznego bym się bał zabrać ze sobą. A on zabrał i pstrykał z góry.
W opinii z rejsu jeden z oficerów napisał o nim „pierwszy do pracy na rejach”.
Dzielny chłopak.
Cieszę się, że w tak młodym wieku mógł przeżyć coś, o czym ja do dzisiaj tylko marzę.

w wieku lat 82 zmarła mama mojej żony.

Niech spoczywa w pokoju.

Wczoraj w Sanremo, dzisiaj w Nicei…

Śledzę go sobie dzięki de-pała-ow-internet.
Przed wyjazdem na rejs pokazał mi oceny, jakie zdobył w tym semestrze. Przeciętny rodzic popadłby w depresję, albo wyrwał sobie z głowy, co by tam na niej miał.
Ja życzyłem mu tylko dobrej zabawy i kazałem się niczym nie przejmować.
Niech ma dobre wspomnienia z tej życiowej przygody.
A jak wróci, to się weźmiemy za naukę.

Do tej pory myślałem o niej, że jest dla starych dziadów.
Ostatnio sam zacząłem jej używać.

Kto wiedział, że SPA jest skrótem od łacińskiego „sanus per aquam”?
Ja nie wiedziałem. Sprawdziłem przed chwilą, siadając do napisania tej notki.
Przeraża mnie ilość rzeczy, jakich jeszcze nie wiem…
Ale do rzeczy.
Byliśmy w tym SPA i faktycznie, dużo wody tam było w różnych postaciach, ale na zdrowie to mi ta woda, niestety, nie wyszła.
Ogólnie było fajnie, przede wszystkim dlatego, że było bardzo mało ludzi. Najpierw, oprócz nas, tylko jedna para, potem jeszcze dwie kobiety z dwoma chłopcami lat ok. 11, a potem jeszcze młode małżeństwo z rocznymi chyba bliźniakami.
Nie wchodziliśmy sobie z nimi w drogę i praktycznie wszystko, z czego akurat korzystaliśmy, mileliśmy tylko dla siebie. No, z wyjątkiem basenu może.
Był więc basen, niewielkich rozmiarów, ale za to z dość ciepłą wodą, żeby można było leniwie się w nim potaplać. Na suficie przyklejona była niebieska płyta, o rozmiarach takich samych jak basen, w której można się było widzieć, gdy się leżało na plecach. W ten sposób unikałem uderzania głową w ściany. Fajny efekt, trochę jak w kosmosie.
Było jacuzzi, sauna sucha i łaźnia parowa. Korzystaliśmy ze wszystkiego na zmianę i to po kilka razy.
Poważnym błędem było to, że nie wzięliśmy ze sobą żadnej wody do picia. Pociliśmy się litrami, odwadniając się w ten sposób jednocześnie. Kupiliśmy sobie w recepcji dwie mineralne, jak już zaczęły nas boleć głowy.
A potem był masaż.
To był mój pierwszy masaż w życiu, robiony przez obcą osobę. Trochę się go obawiałem w związku  z tym.
Pierwsza moja obawa dotyczyła tego, czy nie będzie mnie próbował masować jakiś facet. Niestety, nielubię bardzo, gdy dotykają mnie faceci. O ile jednak fryzjera jeszcze jako tako znoszę, o tyle nie zniósłbym, gdyby jakiś facet… brrrr!
Na szczęście w recepcji młoda pani uspokoiła mnie, że są tylko we DWIE.
Wówczas jednak, jedną obawę zastąpiła druga: nie byłem, mianowicie, pewien, jak zareaguje moje ciało, gdy zacznie go dotykać kobieta inna, niż moja żona. Kobieta wcale nie szkaradna, niestety, a wręcz przeciwnie.
Zareagowało całkiem spokojnie. Może dlatego, że o niej nie fantazjowałem, choć były momenty o pewnym zabarwieniu erotycznym.
A wiecie, co było najbardziej erotyczne? Wiecie jaką część ciała pani mi masowała, kiedy sobie pomyślałem, że to kontakt fizyczny z pogranicza zalotów?
No zgadnijcie. :)
W trakcie masażu (zapomniałem dodać, że było to masaż pół na pół: klasyczny i relaksacyjny całego ciała trwający godzinę), głowa mnie prawie nie bolała. Pod koniec już prawie zasypiałem i było mi dobrze. Ten aspekt relaksacyjny ewidentnie działał.
Za to później, gdy już było po wszystkim i czekałem w hallu na sofie na żonę, która poszła jeszcze na masaż twarzy, myślałem, że umrę z bólu. Że mi czacha eksploduje. Modliłem się tylko, żeby się nie porzygać. Kupiłem sobie, rzecz jasna, kolejną butelkę czegoś do picia i sączyłem ją cały czas, ale to już było wyraźnie za późno.
W drodze powrotnej do domu, cały czas się zastanawiałem, czy w razie czego zdążę się zatrzymać na poboczu i otworzyć drzwi…
Obeszło się jednak bez tego typu przykrych zdarzeń. Dotarliśmy do domu, znowu się napiłem, wziąłem tabletkę i padłem na tapczan, próbując znaleźć pozycję, w której ból był najsłabszy. Po dwóch godzinach prawie mi przeszło, choć czułem się ogólnie jakoś słabo, jakby mnie miało dopaść przeziębienie.
Potem pojechałem z żoną i z córką do hipermarketu. Żona kupowała sobie kosmetyki, a córka i ja najpierw posiedzieliśmy w Mac’u, a potem zaszliśmy do księgarni, gdzie kupiłem dwie książki: „Spacerkiem z ekonomią” i „Jędrne kaktusy”.
Każda z nich kosztowała 2 zł.
Potem wróciliśmy do domu i położyłem się wcześniej spać, bo byłem wyczerpany tym wypoczynkiem.
Tak właśnie zakończyło się świętowanie dwudziestej rocznicy.
A przeziębienie rzeczywiście mnie dopadło i, póki co, trzyma.


  • RSS